Uwiera mnie Maria Peszek. Drażni i nie daje o sobie zapomnieć na przestrzeni ostatnich dni z kilku konkretnych względów, lecz sprowadzanie całokształtu sytuacji do bezpośredniości początkowego zdania - choć wyobrażam sobie, że mogłoby wywołać triumfalny uśmiech na jej twarzy - byłoby nazbyt daleko idącym uproszczeniem. W tej historii są też i pozytywy, zresztą bez ich zaistnienia zapewne nie porwałbym się na chwilowy powrót na stare, blogowe śmieci. Jeśli tekst ma (między innymi) spełniać funkcję szeregującą myśli autora, to w pierwszej kolejności musi mieć co systematyzować.
Bardzo łatwo było przegapić chwilę, w której Maria stała się prawdopodobnie najważniejszym popkulturowym głosem wśród młodszej części odbiorców. Ostrożnie szacując, można próbować lokalizacji w granicach 2012/13, lecz jest to naznaczone pewnym marginesem błędu; już wcześniej wszakże była pozytywnie odbierana przez opinię publiczną, choć bez tak wyraźnej reakcji społeczeństwa. Miało to bardziej rysy czysto medialnej promocji, przygotowywania gruntu pod późniejsze utożsamienie się przysłowiowego ludu - choć oczywiście były i grupy, które stały za nią murem także i wtedy, to kwestia liczebności. Stąd właśnie delikatna niepewność.
niedziela, 28 lutego 2016
sobota, 20 września 2014
Tydzień w singlach #7 (13-20.09.2014r.)
Gdy w obliczu zamieszania okołoprzeprowadzkowego w kombinacji z pierwszą poważniejszą chorobą od roku ze sporym okładem nie ma w człowieku pary na nic więcej, a znak życia po tygodniu dać należy, do akcji wkraczają sprawdzone formy.
Jak dobrze, że jest sobota, a rynek muzyczny nigdy nie śpi; nawet jeśli potrafi być zdecydowanie bardziej aktywny, niż w minionym tygodniu.
Jak dobrze, że jest sobota, a rynek muzyczny nigdy nie śpi; nawet jeśli potrafi być zdecydowanie bardziej aktywny, niż w minionym tygodniu.
***
sobota, 13 września 2014
Alt-J (∆) - This Is All Yours (recenzja)
Słowa to potężna broń w relacjach międzyludzkich, zdaje sobie z tego sprawę prawdopodobnie każdy; a zwłaszcza ten, którego źle użyte, zbyt mocne czy nie w porę wypowiedziane verbum zdążyło w życiu zranić. Ta siła jest jednak również wewnętrznie zróżnicowana, słowo słowu nierówne - istnieją wyrażenia bardzo bezpośrednie w swoim oddziaływaniu, a zarazem i takie, których ciężar gatunkowy zdaje się być znacznie mniejszy. Lecz często tylko z pozoru.
Nie ma prawdopodobnie słowa gorzej działającego na człowieka niż "rozczarowanie". W przeciwieństwie do wielu innych wyrażających złość i irytację, sugeruje ono pewien wymiar oczekiwań, który nie został spełniony, nasycając sytuację melancholią oraz zarazem zostawiając jakąś przestrzeń niedopowiedzenia i zagadki. Jest na pozór nieco słabsze, by w ostatecznym rozrachunku trafić do serca głębiej niż cokolwiek innego i trawić człowieka od środka przy użyciu dużego ładunku podskórnej niepewności. "Rozczarowałem? Ja? Ale dlaczego? Jak ja to odkręcę?".
Nie ma prawdopodobnie słowa gorzej działającego na człowieka niż "rozczarowanie". W przeciwieństwie do wielu innych wyrażających złość i irytację, sugeruje ono pewien wymiar oczekiwań, który nie został spełniony, nasycając sytuację melancholią oraz zarazem zostawiając jakąś przestrzeń niedopowiedzenia i zagadki. Jest na pozór nieco słabsze, by w ostatecznym rozrachunku trafić do serca głębiej niż cokolwiek innego i trawić człowieka od środka przy użyciu dużego ładunku podskórnej niepewności. "Rozczarowałem? Ja? Ale dlaczego? Jak ja to odkręcę?".
środa, 10 września 2014
U2 - Songs of Innocence (recenzja)
Czasem człowiek bardzo chce napisać o czymś innym, ale nagle pojawia się jedno zdarzenie, które przynajmniej na chwilę kompletnie zmienia stan rzeczy. Taki moment nastąpił właśnie wczoraj wieczorem.
Premiera nowości spod znaku firmy Apple na specjalnej konferencji w jednej chwili niespodziewanie połączyła zainteresowanych zarówno nowoczesną technologią, jak i muzyką. Wystarczyło, by pojawiło się na niej czterech Irlandczyków w górnych granicach wieku średniego, w jednej chwili obwieszczając nie do końca spodziewane darmowe wydanie całkiem nowej płyty w serwisie iTunes. U2 może nieco stracili w ostatnich latach na masowej popularności, ale wciąż są jedną z większych nazw i najbardziej doświadczonych graczy na muzycznym rynku - internet nie zapchał się od tej wiadomości, lecz relatywnie szybko ogarnęła ona zainteresowaną część świata, stawiając ją na baczność. Można ich nie lubić, można krytykować, ostatnimi albumami sobie na to zasłużyli - lecz wiedzieć, co dzieje się w obozie U2 nadal w dużej mierze po prostu wypada i wczorajszy wieczór w zupełności to potwierdził.
Premiera nowości spod znaku firmy Apple na specjalnej konferencji w jednej chwili niespodziewanie połączyła zainteresowanych zarówno nowoczesną technologią, jak i muzyką. Wystarczyło, by pojawiło się na niej czterech Irlandczyków w górnych granicach wieku średniego, w jednej chwili obwieszczając nie do końca spodziewane darmowe wydanie całkiem nowej płyty w serwisie iTunes. U2 może nieco stracili w ostatnich latach na masowej popularności, ale wciąż są jedną z większych nazw i najbardziej doświadczonych graczy na muzycznym rynku - internet nie zapchał się od tej wiadomości, lecz relatywnie szybko ogarnęła ona zainteresowaną część świata, stawiając ją na baczność. Można ich nie lubić, można krytykować, ostatnimi albumami sobie na to zasłużyli - lecz wiedzieć, co dzieje się w obozie U2 nadal w dużej mierze po prostu wypada i wczorajszy wieczór w zupełności to potwierdził.
sobota, 6 września 2014
Tydzień w singlach #6 (30.08.-6.09.2014r.)
Nieregularny cykl znowu zniknął na trochę, by pojawić się w istotnym momencie dla muzycznego kalendarza. W ostatnim tygodniu przekroczyliśmy bowiem granicę sierpnia i września, wyznaczającą zwykle - o czym już swoją drogą chyba tu wspominałem, więc nie będę się powtarzał zbyt długo - początek okołojesiennego wysypu płyt.
Nie blokuje to jednak w zupełności singlowego rynku, który jak zawsze idzie swoją drogą, skupiając się tym razem na zapowiedziach premier późniejszych niż początek dziewiątego miesiąca; zwykle sięgających granic jego drugiej połowy lub miesięcy następnych. Po pierwszej, powitalnej salwie warto się przyjrzeć temu, co może przynieść najbliższa przyszłość - być może w tym tygodniu nie pojawiło się wiele tropów, lecz za to niemal wszystkie poziomem po prostu zasługują na szersze omówienie. A jeden już w szczególności.
Nie blokuje to jednak w zupełności singlowego rynku, który jak zawsze idzie swoją drogą, skupiając się tym razem na zapowiedziach premier późniejszych niż początek dziewiątego miesiąca; zwykle sięgających granic jego drugiej połowy lub miesięcy następnych. Po pierwszej, powitalnej salwie warto się przyjrzeć temu, co może przynieść najbliższa przyszłość - być może w tym tygodniu nie pojawiło się wiele tropów, lecz za to niemal wszystkie poziomem po prostu zasługują na szersze omówienie. A jeden już w szczególności.
wtorek, 2 września 2014
Throwback Time: Kate Bush - Live at the Hammersmith Odeon
To druga notka z rzędu rozpoczynająca się wstępem, opartym głównie na słowie na "h".
Zdaję sobie sprawę z tego, że w obliczu tego faktu zmierzamy w stronę osiągnięcia maksymalnego znośnego nasycenia tym wyrazem, jednocześnie jednak mając nadzieję, że ten punkt jeszcze nie nastąpił. Trudno jest bowiem unikać pewnych sformułowań, kiedy Historia (wielka litera nie jest przypadkowa) naprawdę dzieje się na ludzkich oczach.
W maju bieżącego roku minęło dokładnie 35 lat od zakończenia pierwszego w karierze touru kobiety, której właściwie nie trzeba nawet przedstawiać: Kate Bush. 14 dnia piątego miesiąca roku pańskiego 1979 ostatni występ w londyńskiej hali Hammersmith Odeon (obecnie znanej pod znacznie mniej zachęcającą nazwą sponsora - Eventim Apollo) zamknął "The Tour of Life", serię dwudziestu ośmiu europejskich koncertów, które znacząco wpłynęły na zbudowanie legendy artystki dzięki ich niezwykłemu charakterowi oraz, eufemizując, ekskluzywności. Z biegiem lat okazywało się bowiem, że tournee, łączące w sobie elementy muzyczne, poetyckie i teatralne stało się jej jedynym - kolejne ogłaszane w latach 80. i 90. trasy po kolei odwoływano, zaś niemal kompletne wycofanie się Kate z życia publicznego po albumie The Red Shoes i zaledwie okazjonalne powroty z nowymi nagraniami zdawały się kompletnie przekreślać nadzieje fanów na jakikolwiek występ na żywo. Integralnym elementem życia są jednak zaskoczenia - i ta sytuacja dowiodła tego w najlepszy możliwy sposób.
Zdaję sobie sprawę z tego, że w obliczu tego faktu zmierzamy w stronę osiągnięcia maksymalnego znośnego nasycenia tym wyrazem, jednocześnie jednak mając nadzieję, że ten punkt jeszcze nie nastąpił. Trudno jest bowiem unikać pewnych sformułowań, kiedy Historia (wielka litera nie jest przypadkowa) naprawdę dzieje się na ludzkich oczach.
W maju bieżącego roku minęło dokładnie 35 lat od zakończenia pierwszego w karierze touru kobiety, której właściwie nie trzeba nawet przedstawiać: Kate Bush. 14 dnia piątego miesiąca roku pańskiego 1979 ostatni występ w londyńskiej hali Hammersmith Odeon (obecnie znanej pod znacznie mniej zachęcającą nazwą sponsora - Eventim Apollo) zamknął "The Tour of Life", serię dwudziestu ośmiu europejskich koncertów, które znacząco wpłynęły na zbudowanie legendy artystki dzięki ich niezwykłemu charakterowi oraz, eufemizując, ekskluzywności. Z biegiem lat okazywało się bowiem, że tournee, łączące w sobie elementy muzyczne, poetyckie i teatralne stało się jej jedynym - kolejne ogłaszane w latach 80. i 90. trasy po kolei odwoływano, zaś niemal kompletne wycofanie się Kate z życia publicznego po albumie The Red Shoes i zaledwie okazjonalne powroty z nowymi nagraniami zdawały się kompletnie przekreślać nadzieje fanów na jakikolwiek występ na żywo. Integralnym elementem życia są jednak zaskoczenia - i ta sytuacja dowiodła tego w najlepszy możliwy sposób.
sobota, 30 sierpnia 2014
Throwback Time: Hey - Music Music
Zacząć w tym wypadku należy od kartki z kalendarza.
30 sierpnia na przestrzeni wielu lat stał się datą - na dobrą sprawę jak każda, lecz to już dygresja - symbolizującą co najmniej kilka całkiem ciekawych wydarzeń historycznych. Na ten przykład właśnie w tym dniu 550 lat temu Paweł VI został wybrany papieżem. To dokładnie na dwa dni przed początkiem września 1857 roku uruchomiono pierwszą linię kolejową w Argentynie, a ponad sto lat później wydano wtedy klasyczne dzieło Dylana, Highway 61 Revisited. Trzydziestego dnia ósmego miesiąca roku 1980 podpisano także 33 postulaty porozumienia szczecińskiego, a jest to fakt o tyle znaczący, że odbył się już za życia Katarzyny Nosowskiej, która mogła go obserwować na żywo w rodzinnym mieście, zdmuchując zarazem świeczki z tortu, przygotowanego na 9 urodziny.
30 sierpnia na przestrzeni wielu lat stał się datą - na dobrą sprawę jak każda, lecz to już dygresja - symbolizującą co najmniej kilka całkiem ciekawych wydarzeń historycznych. Na ten przykład właśnie w tym dniu 550 lat temu Paweł VI został wybrany papieżem. To dokładnie na dwa dni przed początkiem września 1857 roku uruchomiono pierwszą linię kolejową w Argentynie, a ponad sto lat później wydano wtedy klasyczne dzieło Dylana, Highway 61 Revisited. Trzydziestego dnia ósmego miesiąca roku 1980 podpisano także 33 postulaty porozumienia szczecińskiego, a jest to fakt o tyle znaczący, że odbył się już za życia Katarzyny Nosowskiej, która mogła go obserwować na żywo w rodzinnym mieście, zdmuchując zarazem świeczki z tortu, przygotowanego na 9 urodziny.
piątek, 29 sierpnia 2014
Interpol - El Pintor (recenzja)
Najwyższy czas oficjalnie kończyć stan letniej hibernacji.
Sierpniowa posucha, wypełniana odświeżaniem sobie zasłużonych klasyków, sprawdzaniem zapowiedzi związanych z płytowym wysypem na jesieni i delikatnym brakiem weny oraz chęci właśnie w szybkim tempie zmierza ku końcowi. Miesiąc, o którym mowa, ma już na swoim koncie jedynie 4 dni do przeminięcia - to w poniedziałek nadejdzie standardowo jeden z najważniejszych dni w kalendarzu dla większości społeczeństwa: rozpocznie się utożsamiany z nieformalnym końcem lata wrzesień, a zarazem rok szkolny i wspomniany element stały nowej pory roku, czyli seria ważnych premier albumowych. Nareszcie.
Obecność jakiegokolwiek - nawet tak krótkiego - dystansu do tego dnia nie oznacza jednak, że nie można już na chwilę obecną zaobserwować pierwszych sygnałów nadejścia wspomnianego okresu. Można, jak najbardziej. W obecnych czasach wszakże dość spotykaną praktyką są internetowe przedpremiery w różnych formach - z czego, umieszczając w sieci nowy materiał do odsłuchu, skorzystali parę dni temu ojcowie chrzestni post-punk revival z początku wieku, a zarazem główni bohaterowie tego tekstu.
Sierpniowa posucha, wypełniana odświeżaniem sobie zasłużonych klasyków, sprawdzaniem zapowiedzi związanych z płytowym wysypem na jesieni i delikatnym brakiem weny oraz chęci właśnie w szybkim tempie zmierza ku końcowi. Miesiąc, o którym mowa, ma już na swoim koncie jedynie 4 dni do przeminięcia - to w poniedziałek nadejdzie standardowo jeden z najważniejszych dni w kalendarzu dla większości społeczeństwa: rozpocznie się utożsamiany z nieformalnym końcem lata wrzesień, a zarazem rok szkolny i wspomniany element stały nowej pory roku, czyli seria ważnych premier albumowych. Nareszcie.
Obecność jakiegokolwiek - nawet tak krótkiego - dystansu do tego dnia nie oznacza jednak, że nie można już na chwilę obecną zaobserwować pierwszych sygnałów nadejścia wspomnianego okresu. Można, jak najbardziej. W obecnych czasach wszakże dość spotykaną praktyką są internetowe przedpremiery w różnych formach - z czego, umieszczając w sieci nowy materiał do odsłuchu, skorzystali parę dni temu ojcowie chrzestni post-punk revival z początku wieku, a zarazem główni bohaterowie tego tekstu.
wtorek, 19 sierpnia 2014
Exit Oz - Împământenit (recenzja)
Być może sugerowana odpowiedź na zadane we wstępie pytanie nie będzie zbyt fortunna, w związku z czym stróże politycznej poprawności już niedługo zapukają do mych drzwi, by zarekwirować komputer, z którego popłynęły tak nieprawomyślne sugestie, lecz nie widzę innego wyjścia, proszę wybaczyć. Zagadnienie brzmi - z czym kojarzy się przeciętnemu człowiekowi Rumunia?
Odpowiedź jest, niestety, boleśnie prosta. Otóż dam sobie rękę uciąć, że w zdecydowanej większości nie będą to skojarzenia chwalebne dla samych mieszkańców tego kraju. Współczesny stereotyp Rumuna i wizerunek całego państwa zdecydowanie nie należy do pozytywnych, z czego - mam wrażenie - wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, w związku z czym (i dla szczątkowej obrony przed atakiem wspomnianych obrońców ogólnoświatowego pojednania) nie mam zamiaru zbytnio się w ten temat wgłębiać. Nie moim zadaniem jest przedstawiać te opinie i potwierdzać je lub obalać.
Odpowiedź jest, niestety, boleśnie prosta. Otóż dam sobie rękę uciąć, że w zdecydowanej większości nie będą to skojarzenia chwalebne dla samych mieszkańców tego kraju. Współczesny stereotyp Rumuna i wizerunek całego państwa zdecydowanie nie należy do pozytywnych, z czego - mam wrażenie - wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, w związku z czym (i dla szczątkowej obrony przed atakiem wspomnianych obrońców ogólnoświatowego pojednania) nie mam zamiaru zbytnio się w ten temat wgłębiać. Nie moim zadaniem jest przedstawiać te opinie i potwierdzać je lub obalać.
niedziela, 17 sierpnia 2014
Tydzień w singlach #5 (9-16.08.2014r.)
Z chęcią rozpocząłbym dziś jakimś zgrabnym wstępem o uciekającym czasie i okołostudenckich zmianach - a ujmując krócej, mało stabilnych warunkach, które uniemożliwiały w pierwszej połowie sierpnia należyte dbanie o ten zakątek sieci, jednak z dwóch względów nie dojdzie to do skutku.
Przede wszystkim brakuje mi jakiegoś w miarę interesującego konceptu na poprowadzenie takiego opisu, a w dalszej kolejności za bardzo czuć od tego usilnym usprawiedliwianiem się. Nie ma więc co rozpatrywać mało chwalebnej przeszłości, a najlepszym rozwiązaniem będzie przejście z miejsca do meritum. Single. Materia, która z dnia na dzień - na wzór powietrza - coraz bardziej pachnie nadchodzącą jesienią i albumowym wysypem, nie tracąca jednak dwoistej natury. Nadejście nowego nie wyklucza bowiem pewnej stabilizacji, w tym wypadku rozumianej przez pojawianie się kolejnych utworów promujących dawno już wydane płyty. Ten tydzień przyniósł jeden taki przypadek z kategorii chlubnych, który pozwala płynnie rozpocząć część główną.
Przede wszystkim brakuje mi jakiegoś w miarę interesującego konceptu na poprowadzenie takiego opisu, a w dalszej kolejności za bardzo czuć od tego usilnym usprawiedliwianiem się. Nie ma więc co rozpatrywać mało chwalebnej przeszłości, a najlepszym rozwiązaniem będzie przejście z miejsca do meritum. Single. Materia, która z dnia na dzień - na wzór powietrza - coraz bardziej pachnie nadchodzącą jesienią i albumowym wysypem, nie tracąca jednak dwoistej natury. Nadejście nowego nie wyklucza bowiem pewnej stabilizacji, w tym wypadku rozumianej przez pojawianie się kolejnych utworów promujących dawno już wydane płyty. Ten tydzień przyniósł jeden taki przypadek z kategorii chlubnych, który pozwala płynnie rozpocząć część główną.
***
piątek, 8 sierpnia 2014
Post OFF Throwback Time: Belle & Sebastian - If You're Feeling Sinister
Czas wracać do życia, do normalności, utrzymywania wszelkich oznak życia w tym miejscu. Przynajmniej na pewien okres czasu.
Nie ulega wątpliwości, że w związku z nakreśleniem tego celu problem monotematyczności i zachowywania różnorodności powraca ze zdwojoną siłą - w sercach, w głowach, wspomnieniach wciąż jeszcze Katowice i OFF, który będzie tu przez najbliższy czas zdecydowanie dominował - lecz, choć to nieco egoistyczne, mam już tę kwestię znacznie niżej na liście priorytetów, nie chcę już nawet usilnie unikać tej nazwy. Gdy dzieją się rzeczy wielkie, a człowiek pozostaje pod wrażeniem, nie ma powodu do stawiania samemu sobie sztucznych granic, należy wszystko opisywać, sławić i zostawiać widoczny ślad na przyszłość. Na Śląsku miały miejsce właśnie takie wydarzenia - logiczna więc staje się ich nadreprezentacja w najbliższym czasie. Niepocieszonych mogę jedynie uspokoić zapewnieniem, że wraz z biegiem dni wszystko wróci do normy - i tym zdaniem pragnąłbym zamknąć wstęp, powrotu domaga się również główny bohater tego tekstu.
Nie ulega wątpliwości, że w związku z nakreśleniem tego celu problem monotematyczności i zachowywania różnorodności powraca ze zdwojoną siłą - w sercach, w głowach, wspomnieniach wciąż jeszcze Katowice i OFF, który będzie tu przez najbliższy czas zdecydowanie dominował - lecz, choć to nieco egoistyczne, mam już tę kwestię znacznie niżej na liście priorytetów, nie chcę już nawet usilnie unikać tej nazwy. Gdy dzieją się rzeczy wielkie, a człowiek pozostaje pod wrażeniem, nie ma powodu do stawiania samemu sobie sztucznych granic, należy wszystko opisywać, sławić i zostawiać widoczny ślad na przyszłość. Na Śląsku miały miejsce właśnie takie wydarzenia - logiczna więc staje się ich nadreprezentacja w najbliższym czasie. Niepocieszonych mogę jedynie uspokoić zapewnieniem, że wraz z biegiem dni wszystko wróci do normy - i tym zdaniem pragnąłbym zamknąć wstęp, powrotu domaga się również główny bohater tego tekstu.
czwartek, 31 lipca 2014
Mister D. - Społeczeństwo jest niemiłe (recenzja)
Przyznam się, że ostatnio mam problem z zapełnianiem tego miejsca.
Nie chodzi jednak o wenę, brak pomysłów czy czasu, nic z tych rzeczy. Wszystko leży w zachowaniu jakiejś różnorodności i nie popadaniu w monotematyczność, a o taką trudno w okresie, gdy zdecydowana większość poznawanej muzyki ma bezpośredni związek wyłącznie z nadchodzącym OFF Festivalem (chciałem się wystrzegać tej nazwy w tekście - właśnie po to, by nie męczyć nadmiernie odbiorcy, lecz raz musi się jednak pojawić), o którym najchętniej pisałoby się w nieskończoność. Wyjątki owszem, istnieją, lecz na chwilę obecną jedynym, który chętnie i ze względnym zaangażowaniem bym omówił, jest słabiutki nowy album Klaxons, który dla odmiany spowodowałby wejście w innego typu monotematyzm - "rok 2014 jest słaby" (bo jest, ale ileż można to powtarzać?).
Dylemat zdawał się być niemalże nie do rozwiązania, jednak na szczęście tylko do pewnego momentu. Momentu, w którym niczym z nieba spadła mi rozpięta między tymi dwoma światami Dorota Masłowska.
Nie chodzi jednak o wenę, brak pomysłów czy czasu, nic z tych rzeczy. Wszystko leży w zachowaniu jakiejś różnorodności i nie popadaniu w monotematyczność, a o taką trudno w okresie, gdy zdecydowana większość poznawanej muzyki ma bezpośredni związek wyłącznie z nadchodzącym OFF Festivalem (chciałem się wystrzegać tej nazwy w tekście - właśnie po to, by nie męczyć nadmiernie odbiorcy, lecz raz musi się jednak pojawić), o którym najchętniej pisałoby się w nieskończoność. Wyjątki owszem, istnieją, lecz na chwilę obecną jedynym, który chętnie i ze względnym zaangażowaniem bym omówił, jest słabiutki nowy album Klaxons, który dla odmiany spowodowałby wejście w innego typu monotematyzm - "rok 2014 jest słaby" (bo jest, ale ileż można to powtarzać?).
Dylemat zdawał się być niemalże nie do rozwiązania, jednak na szczęście tylko do pewnego momentu. Momentu, w którym niczym z nieba spadła mi rozpięta między tymi dwoma światami Dorota Masłowska.
poniedziałek, 28 lipca 2014
Throwback Time: Slowdive - Pygmalion
To już praktycznie za chwilę.
Dokładnie za tydzień katowicka Dolina Trzech Stawów będzie już pustoszeć i powoli zbierać się do porządków po kolejnej edycji OFF Festivalu - wyjątkowego wydarzenia na muzycznej mapie Polski, które (jak co roku zresztą) wypełnione będzie po brzegi wręcz zdarzeniami istotnymi na skalę mniejszą i większą. Tym razem jednak spośród tej drugiej grupy w oczy rzuca się natychmiast jeden, konkretny występ. Mianowicie dokładnie rok po koncercie irlandzkiego My Bloody Valentine na Śląsku zagości kolejna legenda shoegaze, główny bohater trzeciego dnia festiwalu i tego tekstu - Slowdive. Fakt stosunkowo wczesnego występu, jeszcze przed Belle & Sebastian doprawdy o niczym nie świadczy, gwóźdź programu jest tylko jeden. Zupełnie inaczej sprawa jednak ma się z wyborem takowego w - umówmy się, niestety mało rozbudowanej - dyskografii Brytyjczyków.
Dokładnie za tydzień katowicka Dolina Trzech Stawów będzie już pustoszeć i powoli zbierać się do porządków po kolejnej edycji OFF Festivalu - wyjątkowego wydarzenia na muzycznej mapie Polski, które (jak co roku zresztą) wypełnione będzie po brzegi wręcz zdarzeniami istotnymi na skalę mniejszą i większą. Tym razem jednak spośród tej drugiej grupy w oczy rzuca się natychmiast jeden, konkretny występ. Mianowicie dokładnie rok po koncercie irlandzkiego My Bloody Valentine na Śląsku zagości kolejna legenda shoegaze, główny bohater trzeciego dnia festiwalu i tego tekstu - Slowdive. Fakt stosunkowo wczesnego występu, jeszcze przed Belle & Sebastian doprawdy o niczym nie świadczy, gwóźdź programu jest tylko jeden. Zupełnie inaczej sprawa jednak ma się z wyborem takowego w - umówmy się, niestety mało rozbudowanej - dyskografii Brytyjczyków.
piątek, 25 lipca 2014
Manic Street Preachers - Futurology (recenzja)
Wspomnienie minionych sukcesów najlepszym środkiem promocyjnym.
Schematem znanym i przetestowanym przez lata przez doświadczone zespoły, zwykle w wątpliwym punkcie kariery, jest porównanie w autoreklamach i medialnych wypowiedziach nadchodzącego nowego albumu do jakiegoś uznanego dzieła z najlepszego okresu działalności. Zwykle chwyt ten jest dość skuteczny i działa przez długi czas przed wydaniem świeżynki, żerując doskonale na sympatii i nadziejach fanów, którzy bardzo chętnie ujrzeliby idoli na nowo w najlepszej formie. Oczekiwania rosną, ilość wzmianek o krążku także, popularność przez pewien czas znów osiąga wysoki poziom. Perpetuum mobile? Nie do końca. Bańka pompowana w taki sposób nigdy nie rośnie w nieskończoność, zawsze w pewnym momencie pęka, prowadząc do rozczarowań i strat po obu stronach. "Nowy materiał nie jest taki, jak zapowiadano, nie dorównuje takiemu-a-takiemu klasykowi, nie dotrzymali słowa. Skończyli się.".
Schematem znanym i przetestowanym przez lata przez doświadczone zespoły, zwykle w wątpliwym punkcie kariery, jest porównanie w autoreklamach i medialnych wypowiedziach nadchodzącego nowego albumu do jakiegoś uznanego dzieła z najlepszego okresu działalności. Zwykle chwyt ten jest dość skuteczny i działa przez długi czas przed wydaniem świeżynki, żerując doskonale na sympatii i nadziejach fanów, którzy bardzo chętnie ujrzeliby idoli na nowo w najlepszej formie. Oczekiwania rosną, ilość wzmianek o krążku także, popularność przez pewien czas znów osiąga wysoki poziom. Perpetuum mobile? Nie do końca. Bańka pompowana w taki sposób nigdy nie rośnie w nieskończoność, zawsze w pewnym momencie pęka, prowadząc do rozczarowań i strat po obu stronach. "Nowy materiał nie jest taki, jak zapowiadano, nie dorównuje takiemu-a-takiemu klasykowi, nie dotrzymali słowa. Skończyli się.".
czwartek, 24 lipca 2014
Popiół Kurhanów - Pieśni Kurhanów EP (recenzja)
"My Słowianie wiemy, jak nasze na nas działa."
Komercyjny renesans Słowiańszczyzny spod znaku Donatana wyraźnie zaczyna mieć wpływ nie tylko na listy przebojów i szlachetne upowszechnianie polskich piersi w Europie (patrz: Eurowizja), ale - co cieszy jeszcze bardziej - na generalny obraz polskiej sceny muzycznej. Trudno bowiem nie odbierać bohaterów tego tekstu jako inspirowanych tym nurtem, niezależnie od tego jak bardzo może być to przypuszczenie niezgodne z prawdą, i jak bardzo mogą się tej kwestii wypierać.
Popiół Kurhanów to przedstawiciele młodej sceny muzycznej Kalisza, spostrzeżeni w kilku miejscach w sieci, poruszający się w obrębie muzyki z kręgu, tu cytat: "neofolk, ambient, slavic, cosmic, symphonic", intrygujący samą nazwą i tytułami utworów. Trudno jest wręcz przez moment nie stwierdzić sobie w duchu, że to musi być jakaś zgrywa - lecz z drugiej strony jakie ja mam podstawy, by o tym przesądzać? Przecież ani trochę nie znam się na ideologiczno-tekstowej stronie zespołów z tego gatunku.
Zwłaszcza, że strona muzyczna jak najbardziej potrafi się obronić. A przynajmniej wejście ma mocne.
Komercyjny renesans Słowiańszczyzny spod znaku Donatana wyraźnie zaczyna mieć wpływ nie tylko na listy przebojów i szlachetne upowszechnianie polskich piersi w Europie (patrz: Eurowizja), ale - co cieszy jeszcze bardziej - na generalny obraz polskiej sceny muzycznej. Trudno bowiem nie odbierać bohaterów tego tekstu jako inspirowanych tym nurtem, niezależnie od tego jak bardzo może być to przypuszczenie niezgodne z prawdą, i jak bardzo mogą się tej kwestii wypierać.
Popiół Kurhanów to przedstawiciele młodej sceny muzycznej Kalisza, spostrzeżeni w kilku miejscach w sieci, poruszający się w obrębie muzyki z kręgu, tu cytat: "neofolk, ambient, slavic, cosmic, symphonic", intrygujący samą nazwą i tytułami utworów. Trudno jest wręcz przez moment nie stwierdzić sobie w duchu, że to musi być jakaś zgrywa - lecz z drugiej strony jakie ja mam podstawy, by o tym przesądzać? Przecież ani trochę nie znam się na ideologiczno-tekstowej stronie zespołów z tego gatunku.
Zwłaszcza, że strona muzyczna jak najbardziej potrafi się obronić. A przynajmniej wejście ma mocne.
George Ezra - Wanted On Voyage (recenzja)
Być może listy przebojów w XXI wieku nie charakteryzują się już tak wielkim oddziaływaniem na masy, jak w poprzednim stuleciu, lecz wciąż warto od czasu do czasu na nie zajrzeć - na zasadzie lustra, w którym przegląda się współczesny światek muzyczny. Stwierdzam to w niedługim czasie po przejrzeniu kilku, na których moją uwagę zwrócił pewien utwór.
Mianowicie George Ezra i kawałek o swojskim tytule Budapest. Nazwisko mówiło mi tyle, że obiło się o oczy parę razy w ostatnim czasie, brakowało jednak wciąż elementarnej wiedzy, kto zacz. Wiedziony ciekawością nieznanego odsłuchałem. Dobre, sympatyczne: niby w teorii nic specjalnego, ale refren jest naprawdę zgrabny, a piosenka porządnie zaaranżowana. Radość. Sprawdziłem człowieka - a nuż Węgier, taki tytuł, a przecież dwa bratanki z Polakiem, trzeba wesprzeć brata, rozpromować dodatkowo, czyżby naddunajski naród doczekał się światowej gwiazdy? Po chwili pojawiło się jednak westchnienie żalu. Ech, kolejny Brytyjczyk...
Mianowicie George Ezra i kawałek o swojskim tytule Budapest. Nazwisko mówiło mi tyle, że obiło się o oczy parę razy w ostatnim czasie, brakowało jednak wciąż elementarnej wiedzy, kto zacz. Wiedziony ciekawością nieznanego odsłuchałem. Dobre, sympatyczne: niby w teorii nic specjalnego, ale refren jest naprawdę zgrabny, a piosenka porządnie zaaranżowana. Radość. Sprawdziłem człowieka - a nuż Węgier, taki tytuł, a przecież dwa bratanki z Polakiem, trzeba wesprzeć brata, rozpromować dodatkowo, czyżby naddunajski naród doczekał się światowej gwiazdy? Po chwili pojawiło się jednak westchnienie żalu. Ech, kolejny Brytyjczyk...
niedziela, 20 lipca 2014
Once In A Lifetime: Monty Python Sings
Pisanie laurek muzycznych, wbrew wszelkim pozorom, absolutnie nie jest sprawą łatwą. Łatwo w nich o przekroczenie kilku podstawowych dla każdego autora granic: wiarygodności, wazeliniarstwa i nudy, bardzo prosto przejść w mało interesujące wygłaszanie beznamiętnych formułek.
Czasem jednak trzeba porwać się i na takie projekty, w związku z czym dla bezpieczeństwa czytelnika będę je oznaczał specjalnym tytułem (patrz wyżej), by dało się ich z miejsca unikać. Dziś pierwszy raz, okazja do złożenia hołdu pewnej płycie i pewnym ludziom jest bowiem oczywista i prawdopodobnie najlepsza z możliwych. Mamy bowiem 20 lipca 2014 roku, datę oznaczającą ostatni z planowanych występów na "reunion tour" Monty Pythona, czyli - nawet biorąc pod uwagę sam fakt dojścia do scenicznego powrotu, który jeszcze niedawno zdawał się niemożliwy - zważywszy na wiek tych panów, najprawdopodobniej ostateczny i finalny show grupy. Idealny moment, by wrócić do ich spuścizny.
Czasem jednak trzeba porwać się i na takie projekty, w związku z czym dla bezpieczeństwa czytelnika będę je oznaczał specjalnym tytułem (patrz wyżej), by dało się ich z miejsca unikać. Dziś pierwszy raz, okazja do złożenia hołdu pewnej płycie i pewnym ludziom jest bowiem oczywista i prawdopodobnie najlepsza z możliwych. Mamy bowiem 20 lipca 2014 roku, datę oznaczającą ostatni z planowanych występów na "reunion tour" Monty Pythona, czyli - nawet biorąc pod uwagę sam fakt dojścia do scenicznego powrotu, który jeszcze niedawno zdawał się niemożliwy - zważywszy na wiek tych panów, najprawdopodobniej ostateczny i finalny show grupy. Idealny moment, by wrócić do ich spuścizny.
sobota, 19 lipca 2014
Tydzień w singlach #4 (12-19.07.2014r.)
Mamy środek lipca, podstawowym pytaniem w kontekście tego cyklu staje się więc: jest posucha czy nie? Przy czym zagadnienie to jest na tyle banalne, by znaleźć swoją odpowiedź już w samym fakcie zaistnienia tegotygodniowej odsłony. Otóż mamy lato, więc ilościowo może nie jest rewelacyjnie - ale dopóki znajduje się tych kilka singli godnych omówienia, dopóty nie można ogłosić posuchy.
***
czwartek, 17 lipca 2014
Pixies - Indie Cindy (recenzja)
Rok 2013 zapisał się w pamięci muzycznego świata (a przynajmniej
niżej podpisanego) nie tylko generalnie dobrym poziomem i stosunkowo
sporą ilością naprawdę udanych płyt.
To także rocznik, który nadał niespotykaną dotychczas - rozciągniętą do dnia dzisiejszego - skalę zjawisku powrotów do nagrywania zespołów klasycznych w pewnych środowiskach, acz niedocenionych przez szerszy nurt. Zimowa premiera długo wyczekiwanego albumu My Bloody Valentine stała się początkiem fali, niosącej za sobą choćby nowe nagrania Mazzy Star czy The Afghan Whigs, na których tle jako najbardziej koniunkturalny i biznesowy jawi się również napoczęty rok temu powrót Pixies.
To także rocznik, który nadał niespotykaną dotychczas - rozciągniętą do dnia dzisiejszego - skalę zjawisku powrotów do nagrywania zespołów klasycznych w pewnych środowiskach, acz niedocenionych przez szerszy nurt. Zimowa premiera długo wyczekiwanego albumu My Bloody Valentine stała się początkiem fali, niosącej za sobą choćby nowe nagrania Mazzy Star czy The Afghan Whigs, na których tle jako najbardziej koniunkturalny i biznesowy jawi się również napoczęty rok temu powrót Pixies.
Z notatnika frustrata: Krótka rozprawka o ludziach i muzyce na melodię Chandelier
Lato 2014 z pewnością będzie z perspektywy czasu wspominane jako wielki sukces tej wokalistki, jednak sama kariera wyżej wymienionego utworu staje się przyczynkiem do pewnej refleksji, która pojawiła się u niżej podpisanego kilka dni temu, gdy podczas dokonywania wpisu na studia usłyszał Chandeliera w sekretariacie. I nie chodzi o sam fakt zagrania - jako się rzekło, w ostatnim czasie nic w tym dziwnego. Bardziej o rozgłośnię, w której miało to miejsce, jak powiedział następujący po utworze symboliczny dżingiel: "Trójkę, Program Trzeci Polskiego Radia".
Subskrybuj:
Posty (Atom)















