***
sobota, 12 lipca 2014
Tydzień w singlach #3 (5-12.07.2014r.)
Po krótkiej przerwie czas powrócić do nieregularnego cyklu, w którym oficjalnie możemy otworzyć okres ubogacania sezonu ogórkowego utworami zapowiadającymi pierwsze jesienne premiery - z korzyścią dla ogólnego poziomu i intensywności oczekiwania na nadejście września. Dowodzi tego dzisiejsza pierwsza trójka, w całości promująca albumy z datą wydania 2-22.09, i w obytrzech przypadkach czyniąca to godnie.
czwartek, 10 lipca 2014
Morrissey - World Peace Is None Of Your Business (recenzja)
Wiele jest powodów, dla których mogę określić się wielkim sympatykiem nie tyle samej twórczości Stevena Patricka Morrisseya, co wręcz artystycznej kreacji jego osoby i wszelkich przymiotów z nią utożsamianych.
Lista tychże jest dość długa, by wspomnieć tylko o specyficznej brytyjskiej elegancji, ironii, dystansu, odrębności, umiejętności dokonywania jedynego w swoim rodzaju opisu świata - i wielu innych, o których mógłbym napisać osobną rozprawkę, bo temat tej jest wszakże zupełnie inny. Chciałbym jednak zacząć od osobistej autodefinicji i autodemaskacji jako fana, które mają prowadzić do pewnej mało oczywistej konkluzji. Otóż mój stosunek do osoby Morrisseya wcale nie oznacza, że ten tekst jest pisany na klęczkach i ze ślepym uwielbieniem dla nowego tworu osobistego bohatera za same pojawienie się na rynku.
Fani mają bowiem również to do siebie, że rozczarowują się bardziej gwałtownie. W związku z tym pytam, co się stało? Ze wszelkich cech charakterystycznych Moza pozostało wszakże na tym albumie zaskakująco niewiele.
Lista tychże jest dość długa, by wspomnieć tylko o specyficznej brytyjskiej elegancji, ironii, dystansu, odrębności, umiejętności dokonywania jedynego w swoim rodzaju opisu świata - i wielu innych, o których mógłbym napisać osobną rozprawkę, bo temat tej jest wszakże zupełnie inny. Chciałbym jednak zacząć od osobistej autodefinicji i autodemaskacji jako fana, które mają prowadzić do pewnej mało oczywistej konkluzji. Otóż mój stosunek do osoby Morrisseya wcale nie oznacza, że ten tekst jest pisany na klęczkach i ze ślepym uwielbieniem dla nowego tworu osobistego bohatera za same pojawienie się na rynku.
Fani mają bowiem również to do siebie, że rozczarowują się bardziej gwałtownie. W związku z tym pytam, co się stało? Ze wszelkich cech charakterystycznych Moza pozostało wszakże na tym albumie zaskakująco niewiele.
wtorek, 8 lipca 2014
Organek - Głupi (recenzja)
Powiedzenie o stu latach za pewną rasą to już klasyka rodzimej sekcji niewybrednych przysłów, w dodatku o tyle bolesna, że - jak śmiem twierdzić - często nadal aktualna.
Nie mam jednak zamiaru rozwodzić się nad przykładami, utrzymującymi ten frazeologizm w mocy, nie taki jest cel tego tekstu. Istotny tak naprawdę jest wyłącznie jeden, pozwalający płynnie przejść do głównego bohatera wywodu. Mianowicie na tzw. Zachodzie od ładnych kilku lat istnieje cała scena retro rock revival, masa ludzi, którzy ze smakiem i talentem de facto odgrzewają stare patenty, tworząc zarazem po prostu dobrą muzykę, w dodatku zdolną do wybicia się w szerszym kręgu odbiorców. Nie mówię o tym, by od razu szukać nadwiślańskiego Jacka White'a, bo to kaliber osoby jednej na milion, ale nurt retro w tym kraju zwyczajnie nie należy do wybitnie rozwiniętych - a wszelkie dotychczasowe wyjątki w głównym nurcie, nie ujmując niczego świetnej stronie muzycznej, miały prościej z wybiciem się ze względu na znane nazwiska (Ania Rusowicz, bracia Waglewscy jako Kim Nowak). Ta nisza wciąż zdaje się być niezaspokojoną w stu procentach.
Nie mam jednak zamiaru rozwodzić się nad przykładami, utrzymującymi ten frazeologizm w mocy, nie taki jest cel tego tekstu. Istotny tak naprawdę jest wyłącznie jeden, pozwalający płynnie przejść do głównego bohatera wywodu. Mianowicie na tzw. Zachodzie od ładnych kilku lat istnieje cała scena retro rock revival, masa ludzi, którzy ze smakiem i talentem de facto odgrzewają stare patenty, tworząc zarazem po prostu dobrą muzykę, w dodatku zdolną do wybicia się w szerszym kręgu odbiorców. Nie mówię o tym, by od razu szukać nadwiślańskiego Jacka White'a, bo to kaliber osoby jednej na milion, ale nurt retro w tym kraju zwyczajnie nie należy do wybitnie rozwiniętych - a wszelkie dotychczasowe wyjątki w głównym nurcie, nie ujmując niczego świetnej stronie muzycznej, miały prościej z wybiciem się ze względu na znane nazwiska (Ania Rusowicz, bracia Waglewscy jako Kim Nowak). Ta nisza wciąż zdaje się być niezaspokojoną w stu procentach.
niedziela, 6 lipca 2014
Throwback Time: Pink Floyd - A Momentary Lapse Of Reason
Well, that escalated quickly.
Informacja o powrocie wielkiej kamandy Pinka Flojda z materiałem, który 20 lat przeleżał w zapomnieniu, przypomnianym zapewne przy okazji sprawdzania kont bankowych Gilmoura (i tak ten album teoretycznie powinien zżerać na śniadanie większość nowszej muzyki, ale pomarudzić na tak mało szlachetne okoliczności wydania wręcz wypada) nie ma nawet jeszcze dnia, a już wywołała spodziewaną burzę, stając się najbardziej istotnym niusem ostatnich dni, tygodni, zapewne też i miesięcy. Materiałem do dyskusji, polemik - choć w dużej mierze opartych na jakże odkrywczym "ojej, wspaniale, czekam" - oraz ciekawych rozmów. Ziarenkiem zaciekawienia, zasianym w umyśle prawdopodobnie każdego możliwego odbiorcy muzyki, znakiem zapytania, który jeszcze przez jakiś czas pozostanie w mocy. Do października pozostają więc tylko domysły i bardzo oczywiste ruchy w postaci powrotu do dawnej twórczości Floydów, czego przykładem jest chociażby ten tekst.
Informacja o powrocie wielkiej kamandy Pinka Flojda z materiałem, który 20 lat przeleżał w zapomnieniu, przypomnianym zapewne przy okazji sprawdzania kont bankowych Gilmoura (i tak ten album teoretycznie powinien zżerać na śniadanie większość nowszej muzyki, ale pomarudzić na tak mało szlachetne okoliczności wydania wręcz wypada) nie ma nawet jeszcze dnia, a już wywołała spodziewaną burzę, stając się najbardziej istotnym niusem ostatnich dni, tygodni, zapewne też i miesięcy. Materiałem do dyskusji, polemik - choć w dużej mierze opartych na jakże odkrywczym "ojej, wspaniale, czekam" - oraz ciekawych rozmów. Ziarenkiem zaciekawienia, zasianym w umyśle prawdopodobnie każdego możliwego odbiorcy muzyki, znakiem zapytania, który jeszcze przez jakiś czas pozostanie w mocy. Do października pozostają więc tylko domysły i bardzo oczywiste ruchy w postaci powrotu do dawnej twórczości Floydów, czego przykładem jest chociażby ten tekst.
piątek, 4 lipca 2014
20 (+1) pozytywnych mgnień półrocza, odsłona trzecia i ostatnia
Szybko kończyć, póki jeszcze przed meczami.
***
czwartek, 3 lipca 2014
20 (+1) pozytywnych mgnień półrocza, odsłona druga
Być może to mało profesjonalne wyrażenie, ale - to jak, lecimy dalej?
***
środa, 2 lipca 2014
20 (+1) pozytywnych mgnień półrocza, odsłona pierwsza
Nastał ten moment,
rok 2014 oficjalnie wszedł w okres, kiedy do jego zakończenia jest
coraz bardziej z górki. Póki co jest to wręcz niezauważalne, lecz warto
mimo wszystko odnotować moment przejścia przez granicę półrocza - i z
tej okazji rzucić okiem bezpośrednio za siebie, próbując ocenić ostatnie 6 miesięcy pod kątem muzycznym.
Nie będzie to jednak rzut oka wybitnie przekrojowy i kompletny - podsumowania półrocza z zasady raczej nie są stworzone do bycia poważnymi i rozbudowanymi, to rodzaje szkiców, służących później do wydania wstępnie pozytywnej oceny poziomu całego roku, ewentualnie intensywnego ulokowania nadziei na jego wzrost w drugiej połowie. Do czego zmierzam?
Nie będzie to jednak rzut oka wybitnie przekrojowy i kompletny - podsumowania półrocza z zasady raczej nie są stworzone do bycia poważnymi i rozbudowanymi, to rodzaje szkiców, służących później do wydania wstępnie pozytywnej oceny poziomu całego roku, ewentualnie intensywnego ulokowania nadziei na jego wzrost w drugiej połowie. Do czego zmierzam?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


